Elon Musk i Twitter: historia dziwacznego love-hate relationship

Mam mniej niż

26 lat

Mam więcej niż

26 lat

Wpisz spodziewany
miesięczny dochód

OBLICZ

Twój spodziewany
miesięczny dochód wyniesie:

* program AIP - 300zł

Umowa zlecenie,
mając etat w innej
firmie

Umowa zlecenie,
nie mając zatrudnienia
w innym miejscu

Umowa o dzieło

Elon Musk i Twitter: historia dziwacznego love-hate relationship

By Kajetan Szewczyk 26.04.2022

Fot. Pixabay.com, Tumisu

Elon Musk kupuje Twittera. Rada dyrektorów przystała na jego ofertę. Jak do tego doszło i dlaczego 13 kwietnia Internet zadrżał, pojawiły się obawy i mnóstwo pytań, a w powstałych od tamtego czasu artykułach często można było spotkać hasło: „wrogie przejęcie”? Twitter przez lata był trybuną, z której Elon Musk wygłaszał różnorakie opinie czy dzielił się spostrzeżeniami, a to często zwracało się przeciwko niemu. Czym stanie się teraz?

13 kwietnia Elon Musk poruszył Internetem po raz <wstaw astronomiczną liczbę>. Wyszedł do zarządu firmy z propozycją zakupienia wszystkich akcji Twittera. Co więcej, zaproponował kwotę 54,20 USD za walor, co w sumie opiewa na kwotę 43 miliardów dolarów. Jakby tego było mało, Musk twierdził, że wykupi je w gotówce, nie za pomocą akcji innych spółek. Wszystko to po to, by Twitter stał się prywatną firmą i został wycofany z giełdy. – Zainwestowałem w Twitter, ponieważ wierzę w jego potencjał na bycie ogólnoświatową platformą dla wolności słowa i wierzę, że wolność słowa jest imperatywem społecznym dla funkcjonowania demokracji. (…) Jednak, od czasu mojej inwestycji zdałem sobie sprawę, że firma w swojej obecnie formie nie będzie się rozwijać i służyć temu imperatywowi. Twitter musi być przemieniony w firmę prywatną. – napisał uzasadniając swoją propozycję. Co istotne, Musk zaznaczył, że po przejęciu firmy będzie dążył do tego, by rozdzielić jej aktywa na maksymalną liczbę akcjonariuszy, na jaką pozwala prawo.

Jak sprawić, by akcje Twojej firmy błyskawicznie spadły albo zapłacić za żart 20 milionów dolarów?

Elon Musk dobrze zna odpowiedź na to pytanie i… zgadliście, zawiera się w niej termin „Twitter”. W tym momencie obserwuje go tam blisko 82 miliony osób (tak, 82 miliony), co czyni go najchętniej obserwowanym CEO jakiejkolwiek firmy. I jest to w pewien sposób problematyczne, bo taki posłuch sprawia, że Musk może „trząść” rynkiem. Na przykład wypowiadając się na temat kryptowalut w dosyć luźnych słowach, co sprawia, że kursy zaczynają szaleć. Ale na kryptowalutach się nie kończy, co dokładnie opisuje The Seattle Times: W lutym 2019 roku Musk ogłosił za pomocą tej platformy, że Tesla wyprodukuje w danym roku 500 tysięcy samochodów. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że chwilę później poprawił się pisząc, że „Tesla oczekuje, że do końca 2019 będzie produkować już 500 tysięcy samochodów rocznie”. Akcje spadły o 3,7%. Ale to nie jest wcale najciekawszy przypadek – zresztą można podejrzewać, że faktycznie po prostu źle się wyraził. Nic nie usprawiedliwia jednak tego, co zrobił w kwietniu 2018, kiedy jego tweet rozpoczął spekulacje, czy aby nie chce wycofać Tesli z giełdy i uczynić jej firmą prywatną. Wówczas akcje skoczyły o 11%, jednak szybko narosły wątpliwości, czy Musk byłby w stanie w ogóle to zrobić. Finalnie okazało się to po prostu żartem, a Musk musiał zapłacić 20 milionów dolarów na ugody z ludźmi, którzy pozwali go za sugerowanie takich ruchów i na trzy lata nie mógł zasiadać w zarządzie firmy. Sama Tesla też zapłaciła 20 milionów dolarów. Musk pozostał jednak niewzruszony i tweetował później, że „warto było”.

Zobacz też: Dżdżownice w każdym biurze, czyli ekotechnologia wkracza pod strzechy

Dziel i rządź, czyli jak Elon Musk i Twitter mogą kreować liderów opinii

Musk będąc udziałowcem Twittera nie tylko przyglądał się procesom firmy wewnątrz, ale i testował jej działanie jako użytkownik – zresztą testował też skalę dotarcia, a tutaj arsenał dostarczyli mu sami obserwujący. Nie wiadomo jednak, co właściwie Musk chce zrobić z Twitterem, bo jego relacje z platformą cały czas wyglądają na jakąś dziwaczną grę. Jak w kwietniu br. zwrócił uwagę CNN Business, Musk postował choćby memy przedstawiające CEO Twittera, Paraga Agrawala, jako Stalina, a poprzedniego CEO firmy (zresztą jej założyciela), Jacka Dorseya, jako współpracownika Stalina, którego ten potem kazał zamordować. Mimo tego zarząd zdawał się ignorować ten rodzaj poczucia humoru.

Wydaje się, że należy zastanowić się, jakich użytkowników chce promować Elon, co ewidentnie zbiega się z pytaniami o to, po której stronie politycznego sporu jest, ponieważ wiemy, że wspierał kampanie zarówno demokratów jak i republikanów. Jak pisze Politico, republikanie już uważają, że idee Muska związane z wolnością słowa mogą doprowadzić do przywrócenia na Twitter Donalda Trumpa. Ciekawostką jest, że najbardziej obserwowanym kontem jest to należące do innego prezydenta… Baracka Obamy, ale Trump przed zbanowaniem również mieścił się w pierwszej dziesiątce.

Elon Musk – Twitter Finger

Nie trzeba sięgać do żadnych analiz, by stwierdzić, że tak olbrzymia platforma w prywatnych rękach osoby, która chciałaby pozwolić na wszystkie głosy, a sama wstawia dosyć niewybredne treści, może stać się polem regularnej walki informacyjnej rozmaitych frakcji. Były kalifornijski kongresmen Devin Nunes stwierdził wręcz, że „Nie rozumie, czemu ktoś miałby inwestować tyle pieniędzy, jeśli nie stałby za tym jakiś większy plan”. Musk będąc zaledwie użytkownikiem Twittera potrafi zmieniać postrzeganie pewnych mechanizmów, kształtować (mniej lub bardziej celowo) ceny akcji i kursy kryptowalut, a nawet otwarcie śmiać się z zarządu. Trudno powiedzieć, jaki miałby mieć endgame, wiemy jednak, że od początku był stanowczy, zaznaczając, że jeśli Twitter nie zgodzi się na jego ofertę, ma Plan B. Nie ujawnił jednak, czym on jest. I pewnie nigdy się nie dowiemy.

Zobacz też: Domain flipping, czyli o tym, dlaczego firmy miewają dziwne nazwy

„Zatruta pigułka” – jak Twitter chciał odstraszyć Muska

Twitter miał narzędzia by bronić się przed zakusami Muska. 20.04 w audycji Piotra Maślaka „Pierwsze śniadanie w Toku” na antenie TOK FM, Sylwia Czubkowska ze Spidersweb rysowała dwa scenariusze: pierwszym byłaby emisja tak wielu akcji, że Muska po prostu nie byłoby stać na ich zakup, a drugim – mocno ryzykownym – uwikłanie firmy w takie zobowiązania, że odstraszyłoby to potencjalnego inwestora. Co więcej, jak poinformowało CNN, Twitter zapowiedział, że jeśli ktokolwiek zwiększy swój udział w spółce do 15%, pozostali udziałowcy będą mogli zakupić dodatkowe akcje po niższej cenie. Rozgrywka trwała i jeszcze do wczoraj wiedzieliśmy, że jedną rzecz Elon Musk z pewnością osiągnął – jest na ustach wszystkich graczy i, co więcej, wyświetla się nam na pierwszej stronie Google’a, kiedy tylko wpiszemy hasło „Twitter”. Dzisiaj możemy być pewni, że zadziała to i w drugą stronę, bo informacje o cyfrowej trybunie ujrzymy prawdopodobnie od razu po wpisaniu „Elon Musk”. Związek wydaje się być przypieczętowany.

Kajetan Szewczyk

Zapisz się na newsletter AIP

Powiązane artykuły

Tagi